Articles

Inner Logo toronto_cover200_02

“Intimately Two Hearts”

GONIEC POLSKI (in Polish)

GONIEC POLSKI 2 (in Polish)

GONIEC POLSKI 3 (in Polish)
GAZETA(in Polish)

7-9 November, 2008,

“Polish Blood-Polska Krew”

Polish Music Theatre in Toronto – Polski Teatr Muzyczny w Toronto

GLOS POLSKI 6-12.02.2008 (pdf format, 324 KB)

“Come a Little Closer”

t_exclusive_cover
Toronto Exclusive July 7, 2007 (pdf format, 684 KB)

ex1   ex2   ex3

Toronto Jazz Magazine July August 2007 (pdf format, 122 KB)

European Reporter August, 2007 (pdf format, 720 KB)

Gazeta In Polish July 6, 2007 (pdf format, 122 KB)
The Etobicoke Guardian June, 2007

Goniec In Polish July 13-19, 2007 (pdf format, 122 KB)

Goniec July 13-19, 2007

Goniec In Polish July 13-19, 2007

Goniec In Polish July, 2007

“Countess Maritza”

by Imre Kálmán

Stage Door December 28, 2004-January 8, 2005(pdf format, 53 KB)

“El Gato Montes”

by Manuel Penella
Toronto Star November 1, 2004

Classical 96,3 fm Opera Review – November 02, 2004

“THE TSAR’S BRIDE”

Classical 96,3 fm Opera Review – February 02, 2004

Toronto Star January 29, 2004

Toronto Star February 2, 2004

“Chocolate Soldier”

Toronto Star December 29, 2003 (pdf format, 152 KB)

Stage Door December 26, 2003-January 3, 2004(pdf format, 183 KB)

Opera Canada March 22, 2003

goniec

Nadzieja kotwicą jutra…

Matki dzieci chorych na epilepsję, nawet gdy są one już dorosłe – nie śpią po nocach, nasłuchują, bo może być atak…Często zlane zimnym potem biegną do pokoju syna czy córki, bo usłyszały jakiś podejrzany odgłos czy szmer chociażby, albo cisza wydaje się im zbyt przeraźliwa…

Dramatu chorych na epilepsję nie da się wypowiedzieć. Jeszcze obecnie padaczka otoczona jest różnymi mitami. W opinii niektórych dziś, a kiedyś, przed wiekami, w świadomości powszechnej, panowało przeświadczenie, że jest to choroba przeklętych, badz wybrańców boskich. Dodajmy: i wielkich artystów – jeśli cierpieli na nią tacy wybitni artyści jak Dostojewski, Dickens, Beethoven, Van Gough,…

Wciąż jeszcze epilepsja wydaje się być jakimś strasznym, niezatartym piętnem, determinującym przebieg całej egzystencji dotkniętych nią osób, spychając ich na margines życia społecznego, skazujac na wieczną niepewność losu, ciągłe ryzyko groźnego wypadku podczas ataku. Chorzy mają problemy z zachowaniem, niską samooceną, cierpią na depresje, poczucie wyobcowania i izolacji, bywa, że odpychani przez otoczenie, podejmują nawet próby samobójcze… Żyją jak w więzieniu w ciągłym strachu, że za chwilę będzie atak, nie mogą prowadzić samochodu, pływać, przemęczać się i denerwować. Ciężko starszym epileptykom, ciężej młodym – tylko 56% z nich kończy szkołę średnią, jedynie 15% studia wyższe, a 25% nie pracuje – zbyt wielkie wyrastają przed nimi bariery zarówno w szkole jak i w pracy. Wszystko to prawda, ale epilepsja jest przecież tylko chorobą, a nie piętnem, co zauważył już 400 lat przed naszą erą Hipokrates, który wykluczył jej boskie pochodzenie i zdiagnozował padaczkę jako fizjologiczną chorobę mózgu i polecił ścisly post jako sposób leczenia.

xxx

Napad padaczkowy, powstający w efekcie nieprawidłowych, nadmiernych wyładowań bioelektrycznych w komórkach nerwowych mózgu, może przebiegać z utratą świadomości, lub nie. Wiąże się naprężeniem ciała, drgawkami, ślinotokiem, często z utratą kontaktu z otoczeniem, ale nie zawsze następuje omdlenie, a jedynie wtedy, gdy atak zaburza pracę całego mózgu. Gdy jest „ogniskowy”, częściowy tylko, chory może zachować świadomość. Ale matki zawsze sa jednakowo przerażone, bo nigdy nie wiadomo, jak kolejne ataki się rozwiną i jakie ślady zostawią w mózgu , bo przecież powoli, ale niewątpliwie działają na mózg destrukcyjnie. Różne bywają rodzaje padaczki, najtrudniejsza do wyleczenia jest skroniowa, bardzo częsta. Badania wykazują, że ów rodzaj epilepsji powoduje kurczenie się tej części kory mózgowej, która jest odpowiedzialna za pamięć i uczenie się.

Nigdy nie wiadomo też, czy choroba nie przejdzie w tzw. stan padaczkowy, gdy napady są bardzo długie, półgodzinne lub dłuższe, przez co szczególnie niebezpieczne. Często występują jeden po drugim niemal bez końca – może ich być i ponad sto dziennie…

Stan padaczkowy jest bardzo groźny i może prowadzić do śmierci. Wymaga natychmiastowej pomocy szpitalnej.

xxx

Przyczyny epilepsji? Mimo intensywnych badań naukowych – nie znaleziono jeszcze zdecydowanej odpowiedzi na to pytanie. Za mało ciągle wiemy o procesach zachodzących w ludzkim mózgu, który nawet u progu trzeciego tysiąclecia broni przed uczonymi swych tajemnic. U noworodków i małych dzieci, a także u dzieci starszych, padaczka może być rezultatem urazu z okresu życia płodowego czy porodu, wysokiej gorączki, chorób metabolicznych, infekcji ośrodkowego układu nerwowego…

Gorzej, że epilepsja przestała być chorobą dzieci, coraz częściej objawia się u ludzi dorosłych – na tle infekcji, chorób metabolicznych czy urazów czaszki i mózgu. Niestety każdy z nas może zachorować nagle i niespodziewanie – padaczka jest najczęstszym, poważnym schorzeniem neurologicznym, które dotyka ludzi w każdym wieku. Jedno na 100 dzieci i jedna na 200 osób dorosłych w Wielkiej Brytanii choruje na epilepsję .W Polsce jest 18o tys. chorych osób, a co roku przybywa 12-15 tys. następnych. W Kanadzie zarejestrowanych jest 300 tys. epileptyków, ale przypuszcza się, że drugie tyle jest niezarejestrowanych, wielu chorych bowiem ukrywa swój stan prze otoczeniem…
Tradycyjnie leczy się epilepsję przy pomocy odpowiednich leków. Ale często nie przynoszą one żadnej poprawy, u jednej trzeciej chorych wytworzył się bowiem typ padaczki odpornej na leki…

xxx

Z zapisów w Biblii wiadomo, że już Jezus leczył padaczkę podczas swego życia na ziemi. Gdy pewnego razu podszedł do niego ojciec z dzieckiem epileptycznym, Chrystus zalecił mu odosobnienie, modlitwę i ścisly post. I ten typ kuracji przy pomocy głodówki powrócił jako metoda leczenia na początku XX wieku.

W 1911 roku Guelpa i Marie w Paryżu wsławli się tym, że założyli we Francji klinikę, gdzie leczyli piciem wody i głodówką – mieli duży procent wyleczlności. Korzystny wpływ głodzenia na kontrolę ataków epileptycznych opisał po raz pierwszy Rewle Geyelin w 1921 roku. Wykazał on poprawę, po okresie głodzenia, u 20 z 26 chorych. W tym samym czasie dr Hugh W. Conklin w USA lecząc głodem, poprawił stan 36 chorych. Także Mayo Clinic, jedna z najlepszych w USA klinik specjalizujących się w neurologicznych chorobach – zaczęła wówczas stosować tę tanią i nieinwazyjną metodę.

Ale jak długo można głodzić organizm?! Powoli rodziła się koncepcja, że dieta z dużą zawartością tłuszczów, a niską zawartością węglowodanów i odpowiednią iloscią białka może zastępować ważny w leczeniu epilepsji efekt głodzenia, o którym mówiliśmy wyżej – tak powstała dieta ketogenna, którą w Ameryce leczy się dzieci już od lat 20-tych XX wieku w słynnym John Hopkins Hospital w Baltimore.

Na czym polega sprawa? Okazuje się, że gdy zmiast węglowodanów dostarczać organizmowi tłuszcze, zaczyna je spalać jako energię do życia…Klasyczna dieta ketonowa zawiera 4 do 1 ilości tłuszczów w stosunku do białka i węglowodanów, które powinny pochodzić głównie z warzyw. Tak wysoka zawartość tłuszczu i tak niska zawartość węglowodanów sprawia, że organizm przestawiając się na tłuszcze jako alternatywne żródło energii, w efekcie produkuje ciała ketonowe, ważne w kontrolowaniu ataków padaczki. Oczywiście jadłospis przygotowywać trzeba przy pomocy wykwalifikowanej dietetyczki, z ołówkiem w ręku i wagą do ważenia produktów. Witaminy, minerały i elementy śladowe muszą być uzupełniane.

Na temat efektów takiego leczenia dietą amerykański reżyser, Jim Abrahams, nakręcił film fabularny, niesłychanie osobisty i emocjonalny, nawiązujacy do jego rodzinnego życia. Jego własny synek Charlie, chorował na padaczkę lekoodporną niemal od urodzenia. W pokoju dziecka zainstalowane były kamery, podłoga wyścielona grubą gąbką, bowiem malec miał multum (nawet sto!) ataków w ciągu dnia. Przeprowadzono u chłopca operację – ataki powróciły i Charlie nadal padał w konwulsjach na wyściełaną podłogę w swoim pokoju, co rejestrowały kamery…

xxx

Abrahams nie załamywał się, studiował podręczniki o epilepsji, natrafił wreszcie na książkę pt. „Dieta ketogenna” z lat 40-tych. Ta wiadomość go zelektryzowała. Dowiedział się, że w Baltimore, w John Hopkins Hospital, dieta stosowana jest wobec chorych pacjentów od 1920 roku – dlaczgo nikt o tym nie wie?! Zawiózł tam syna, prosząc o ratowanie dziecka…Zastosowano dietę, ataki zatrzymały się, ale łatwo nie poszło: po żmudnych dwóch latach próbowano wycofać dietę i ataki powracały. A jednak po przeszło pięciu latach ustały całkowicie!!

Dziś Charlie ma 17 lat i jest zupełnie zdrowy dzięki owej diecie, no i oczywiście wielkiej miłości i determinacji rodziców, którzy wszystko postawili na jedną kartę, by wyrwać syna ze szponów choroby. Piękny film Abrahamsa, zatytułowany „Po pierwsze nie szkodzić”, w kórym rolę dziecka gra genialny mały aktor, a rolę matki – Meryl Streep (podobnie jak w jego drugim filmie szkoleniowym, będącym wstępem do diety ketogennej, gdzie aktorka wyjaśnia zasady diety) wzrusza, a jednocześnie pokazuje, że można skutecznie stosowac tę dietę i że epilepsja jest uleczalna! Niestety konserwatyzm współczesnej służby zdrowia i błędne opinie o diecie ketogennej wśród lekarzy sprawiają, że mimo wszystko nie jest ona powszechnie stosowana.

Niemniej dzięki wspomnianemu filmowi oraz działalności założonej przez Abrahamsa „Charlie Fundation”, która organizuje konferencje i międzynarodowe sympozja na ten temat, o diecie ketogennej od nowa dowiaduje się świat. A ma to tym większe znaczenie, że współcześnie obserwujemy dziś znaczną tendencję zwyżkową chorób układu nerwowego: migreny, Alzhaimera, epilepsji…

xxx

Badania skutecznosci diety wykazały 75%-owy współczynnik sukcesu. Takiego rezultatu nie daje żadna inna metoda leczenia epilepsji a warto uświadomić sobie, że w wyniku leczenia operacyjnego mózgu u około 70% pacjentów następuje nawrót ataków! Ciekawe, że dieta ketogenna przy okazji korzystnie wpływa na cukrzycę, Alzheimera, raka mózgu, no i niweluje nadwagę!

W Polsce dr Marek Bachański stosował tę metodę w Centrum Zdrowia Dziecka, a ostatnio rozpoczął w Warszawie prywatną praktykę. Niestety w Ameryce i Kanadzie wciąż utrzymuje się wśród lekarzy przekonanie, że dietą ketogenną leczy się tylko dzieci i chorych wobec których zawiodły wszystkie metody. Już w latach 60-tych ukazało się bowiem wiele nowych leków przeciw padaczce, co też było powodem odstąpienia lekarzy od użycia diety w walce z epilepsją oraz zastopowania badań w tym kierunku. Cóż jednak z tych podobno znakomitych leków, jeśli w ostatnich 15 latach nawet do 40% pacjentów uodporniło się na nie i tym samym w dalszym ciągu ich ataki są niekontrolowane!

Brak powszechnego zastosowania diety prawdopodobnie wynika nie tylko ze sceptycyzmu wielu lekarzy, ale i braku biegłych dietetyczek, specjalistycznych zespołów, a także ze steretypowego myślenia, jakoby dieta ketogenna trudna była w przyrządzaniu i charakteryzowała się nieprzyjemnym do zaakceptowania smakiem. Jest to nieprawdą. Przykład: znana torontońska artystka, Małgorzata Maye, ze względu na syna, wprowadziła ją we własnym domu i okazało się, że jest wręcz odwrotnie…

xxx

Małgosia cały czas w internecie śledzi wszystko, co dotyczy epilepsji. W Londynie, na „Matthew’s web site” natrafiła na konkretne przepisy diety ketogennej, wypowiedzi rodziców, jak gotować chorym dzieciom, by było skutecznie. W internecie znalazła też wiadomość o Międzynarodowym Sypmozjum na temat diety ketogennej i innych terapii w leczeniu epilepsji, organizowanym w Arizonie, wiosną 2008 r. przez Instytut Neurologiczny oraz samego Abrahamsa i sponsorowanym przez utworzoną przez niego „Charlie Fundation”. Na konferencję miała przybyć i owa słynna dietetyczka z John Hopkins Hospital, pani Millicent Kelly, która wyleczyła nie tylko Charliego, synka Jima Abrahamsa, ale i setki innych osób podczas swej ponad 40-letniej praktyki. Jest ona także współautorką wspomnianej książki na ten temat.

Marzeniem Małgosi Maye, od paru lat zaangażowanej w kampanię zbierania środków na rzecz badań nad epilepsją – było odnaleźć tę wyjątkową kobietę, która posiada największe na świecie doświadczenie w stosowaniu diety ketogennej, skontaktować się z nią, by ratować syna chorego na padaczkę a potem walczyć o wprowadzenie tej metody w leczeniu dorosłych w Kanadzie.

Tomek ma lat 21 i cierpi na typ epilepsji lekoopornej. Gdy miał 10 lat i zaczęła się choroba, matka wiedziona intuicją, spytała neurologa o dietę, ale on odradził zastosowania tego sposobu leczenia twierdząc, że syn będzie niedożywiony, pojawią się działania uboczne, a sama dieta jest za trudna. Uległa autorytetowi doktora, czego dziś bardzo żałuje…Tomek był 10 lat leczony w Sick Children Hospital tylko przy pomocy leków, na które jego organizm szybko się uodpornił.

xxx

Dziś naukowcy twierdzą, że gdyby kontynuowali swoje badania nad mechanizmami diety ketogennej, prawdopodobnie znaliby i rozumieli epilepsję w znacznie większym stopniu. Ale o tym dowiedziała się Małgosia dopiero w kwietniu 2008 r. na owym wielkim Międzynarodowym Sympozjum na temat d.k. w Phoenix, w Arizonie, dokąd zdecydowała się pojechać bez zaproszenia, na własny koszt, w rubryce: „profesja” wpisując – „dietetyczka”, inaczej bowiem nie mogłaby wziąć udziału w Sympozjum, a zdeterminowana była uczestniczyć w nim za wszelką cenę! Szukała ratunku przede wszystkim dla Tomka, ale nie tylko…I ten wyjazd uważa za najlepszą decyzję swojego życia.

xxx

Na pięciodniowe International Symposium on Dietary Therapies for Epilepsy and other Neurological Disorders do Phoenix w Arizonie zjechało kilkdziesięciu naukowców z całego świata. Z Kanady przybyli lekarze, badacze, pielęgniarki oraz dietetyczki: z Sick Children Hospital w Toronto oraz ze szpitali dziecięcych w Hamilton i Montrealu, Britisch Columbii. Były pokazy, wyklady, omawiano szczegółowo wyniki najnowszych badań, dokumentujących fakt, że dieta ketogenna jest skuteczna. Ale pod warunkiem, że stosowana jest bardzo rygorystycznie i konsekwentnie. W materiałach konferencji znalazła też Małgosia informacje o zastosowaniu terapii ketogennej dla dorosłych. Mówiono tam o trzech kobietach wyleczonych w ten sposób. Były w przedziale wiekowym od 24 do 44 lat, każda miała średnio 75 ataków na miesiąc, chorowały ponad 17 lat i brały od 7 do 9 leków przeciw padaczce. Były otyłe. Ataki u tych kobiet ustały w szybkim czasie. Jednocześnie odchudziły się – każda straciła okolo 11 funtów.

xxx

Charakterystyczne, że Abrahams nie poprzestał na wyleczenu syna. W 11 szpitalach Ameryki przeszkolił na własny koszt lekarzy, by szerzyli tę metodę. – On ma w sobie ogień – mówi Małgosia – są ludzie, którzy nie mogą przejść obojętnie wobec cudzego cierpienia i on do nich należy.

Ona też ma w sobie pasję, gdy chodzi o walkę z epilepsją i niejednokrotnie dała tego przkład organizując występy i koncerty, których całkowity dochód przeznaczony był na rzecz badań nad epilepsją. Ostatnio upamiętnił się zwłaszcza ubiegłoroczny, przygotowany przez nią, entuzjastycznie przyjęty przez publiczność polską i kanadyjską przepiękny koncert „Podejdż trochę bliżej”, w którym wraz z nią wystąpili czołowi wokaliści jazzowi Polski i Kanady. Niebagatelny dochód z tej pełnej rozmachu, na wysokim poziomie imprezy poszedł na badania nad epilepsją na Uniwersytecie Torontońskim. Obecnie Maye zaprasza do Kanady czołową narodową pieśniarkę Rosji, Żannę Biczewską. Dochód z koncertu, który odbędzie się 11 pażdziernika, w całości pójdzie na ten sam cel.

Małgorzata chce być orędownikiem wcielania metody leczenia dietą dorosłych chorych na terenie Kanady. Uważa, że w Toronto powinna powstać Ketogenic Clinic dla dorosłych. Bo tu jeszcze wszystko jest w powijakach. W USA i innych cywilizowanych krajach istnieje nowoczesna forma opieki, rzekłabym całościowa – działają ośrodki zdrowia dla epileptyków i innch chorych neurologicznie, gdzie czeka na nich neurolog, psycholog, psychiatra, epileptolog, i inni specjalisci. W Kanadzie ta forma opieki nie istnieje, a warto by zorganizować takie centra, chociażby w Western Hospital…

W Kraju Klonowego Liścia rząd daje 50 razy mniej środków na badania nad epilepsją, niż na badania nad wylewem krwi do mózgu. (a koszt społeczny leczenia obydwu jest taki sam). A przecież zapada na nią coraz więcej osób, np. ludzie starsi w domach opieki…Ta choroba może dotyczyć każdego z nas. Ale i w Kanadzie coś się zmienia: w „Toronto Star” i „Globe and Mail” pojawiły się artykuły potwierdzające skuteczność diety ketogennej. 17 sierpnia b.r. odbyła się konferencja naukowa na Uniwersytwcie Torontońskim na temat epilepsji, a także omawianej diety. Koszt konferencji pokryty został dzięki funduszom zdobytym u sponsorów przez Małgorzatę Maye, za co Uniwersytet złożył jej podziękowanie.

Dzięki wspomnianemu filmowi oraz żarliwości takich ludzi, jak reżyser Jim Abrahams czy Małgorzata Maye organizowane są konferencje i sympozja, rozpowszechniana informacja – i dieta ketogenna zaczyna być znana w świecie. Na przykład wprowadzana jest w Grecji, Korei, Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz w Polsce. W Indiach w paru ośrodkach stosuje się już tę terapię zarówno u chorych dzieci jak i dorosłych, a w Niderlandach stanowi ona linię pierwszej terapii w leczeniu epilepsji. A o to właśnie chodzi.

I ta nadzieja jest dla wielu chorych na siecie kotwicą jutra.

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska

Back to top

goniec

Śpiew łamie granice…

Jej nauczycielem, i jak mówi, ojcem chrzestnym, był Bułat Okudżawa, słynny rosyjski bard, którego piosenki nacechowane liryzmem i umiłowaniem człowieka wyrosły z cierpienia dziecka pod sowieckim butem – gdy był nastolatkiem, jego ojciec był przez NKWD torturowany i stracony, a matka zesłana do gułagu…Żanna zasłuchana w jego piosenki z nich uczyła się, ile przezwyciężonego bólu kryje w sobie człowieczy los…

Jak wspomina, pierwszą gitarę otrzymała w prezencie, gdy miała 17 lat – i odtąd już się z nią nie rozstawała. Młodziutką Żannę pasjonowała piosenka amatorska, studencka i poetycka przede wszystkim – zawsze miała bowiem ogromne wyczucie poezji, która najlepiej wyraża tajemnicę naszego istnienia, piękno świata. Rozwijała swój talent w Państwowej Szkole Sztuki Cyrkowej i Estradowej w Moskwie. Nagrywała stare rosyjskie piosenki, w których zawarta została najgłębsza tradycja tego narodu.

Prawdziwą karierę rozpoczęła w 1971 roku, kiedy publiczność zaczęła doceniać jej wielką sceniczną indywidualność. W jej repertuarae znalazły się narodowe romanse rosyjskie, ballady ludowe, przypowieści oraz utwory własnego autorstwa Wykonywała je w swym niepowtarzalnym, swoiście pojmowanym stylu folk-country. Lubiła też wracać do najbardziej popularnych rosyjskich pieśni, takich jak: „Bradiaga”, „Razłuka”, „Matiuszka”, „Wieczernij zwon”…Trafiała do serc słuchaczy, może przede wszystkim dlatego, iż od początku miała świadomość, że najważniejszą rolą każdego artysty jest uzmysłowienie nam świata takiego, jaki istniał od wieków, ale którego nie dostrzegaliśmy, dopóki artysta nie otworzył nam oczu…

Żanna swe piosenki przeżywa i „rodzi” jak własne dzieci. Oto jej zwierzenie: „Każdą piosenkę długo noszę w sobie, obmyślam, pojawia się ona w mękach jak dziecko…Wkładam w nią cząstkę mojego serca”. No cóż, już Piotr Czajkowski to zauważył: „Gdzie nie ma serca, muzyka istnieć nie może…”. Jej sztuka właśnie dlatego zaistniała i została zauważona.A także dzięki niezwykłej urodzie i sile jej głosu.

Byla wielokrotnie nagradzana w swoim kraju i nie tylko. W 19 73 roku została laureatką Państwowego Konkursu Artystów Estrady w Moskwie. Odtąd zaczęła koncertować w kraju, Europie, Ameryce. Paryską „Olimpię” podbiła 8 razy! I za każdym razem był komplet publiczności. Na Międzynarodowym Konkursie w San Remo w 1989 roku otrzymała tytuł „Złotej Gitary” za „wybitny wkład w świecie sztuk scenicznych”. Wcześniej tylko jednej artystce przyznano ten tytuł – znakomitej amerykańskiej piocenkarce country, Joan Baez. I Żannę francuscy krytycy nazwali: „rosyjska Joan Baez”…

W dziewięć lat potem spotkało ją inne ogromne wyróżnienie: otrzymała tytuł „Narodowej Artystki Rosji”. Rok póżniej zaczęła prowadzić w radiu swój autorski program: „Głos Rosji” – „Od serca do serca”.

Podobnie jak z całą Słowiańszczyzną, Żanna Biczewska od lat związana jest także silnymi więzami uczuciowymi z Polską. Wielokrotnie tam koncertowała, a w 1980 roku, gdy wybuchła Solidarność, w czasie fali strajków była w Gdańsku, śpiewała dla stoczniowców i kwiatami obdarował ją Lech Wałęsa. W tymże roku została laureatką Międznarodowego Konkursu Artystów Estrady w Poznaniu. Niedługo potem koncertowała w Finladnii, na Węgrzech, w Rumunii, Niemczech, Jugosławii, w repertuarze mając pieśni rosyjskie, religijne, białogwardyjskie, utwory własne i Mandelsztama, Pasternaka, Achmatowej, Okudżawy…I ma je do dziś! W wywiadach podkreśla: „ –Nigdy nie biegałam za pieniędzmi. Moim zadaniem jest głosić wiarę. Bóg tak chce” Żaden ustrój polityczny nie wywarł wpływu na to, jak śpiewa i o czym śpiewa .Jej twórczość nie była lubiana przez władze ZSRR, ale zainteresowanie folklorem zawsze istniało i Żanna potrafila się przebić mimo swej nie skrywanej prawicowości

Sprzedała rekordową ilość płyt w 40 krajach, a jednak nie jest w naskórkowym tego słowa znaczeniu „modną” gwiazdą piosenki. Świadomie usuwa się w cień. Woli mieć popularność ponadczasową, a nie związaną tylko z sezonową modą. Owacyjnie przyjmowała ją Ameryka: był komplet widzów w nowojorskim Madison Square Garden , podobnie jak w Operze w Sydney, w Australii. Podczas wizyty w Rosji o jej nagrania prosili eks-Beatelsi, Ringo Starr i Mick Jagger, który powiedział o niej te znamienne słowa: „Żanna jest wyspą prawdziwej, wiecznej sztuki w oceanie współczesnej muzyki”.

Rok temu wystąpiła w Gdyni w Hotelu Nadmorskim śpiewając pieśni starorosyjskie, romanse oraz skomponowane i napisane specjalnie dla niej utwory Okudżawy i Włodzimierza Wysockiego. Patronat honorowy nad koncertem objął Prezydent Miasta Gdyni, a Żanna Biczewska cały dochód z koncertu przeznaczyła na Hospicjum Św. Wawrzyńca w Gdyni. Tego samego dnia wystąpiła z minirecitalem dla podopiecznych gdyńskiego Hospicjum. Artystka ma głębokie poczucie ludzkiej wspólnoty, potrzebę solidarnego współuczestniczenia w cierpieniu i radości świata.

Do Kanady przybywa na zaproszenie znanej torontońskiej śpiewaczki, Małgorzaty Maye i Bravo International – Singers on Stage. Spotkanie z legendarną mistrzynią ballady odbędzie się 11 pażdziernika w Toronto w Jane Mallett Theatre. W koncercie, zatytułowanym „Intimately” wystąpi również jej mąż, kompozytor, poeta i piosenkarz, Giennadij Ponomariew oraz Małgorzata Maye – mezzosopran, przy akompaniamencie zespołu doborowych muzyków. Dochód z koncertu przeznaczony jest na badania nad epilepsją, prowadzone na Uniwersytecie Torontońskim.Nie pierwszy to koncert organizowany przez Małgorzatę Maye, z myślą o wsparciu badań nad epilepsją na UofT…Władze Uniwersytetu kilkakrotnie dziękowały jej za to.

Można bez przesady powiedzieć: zapowiada się wielkie wydarzenie artystyczne sezonu, wspaniała uczta duchowa dla torontońskiej publiczności. Śpiew Żanny Biczewskiej dzięki swym korzeniom ludowym przełamuje granice kontynentów i krajów, jest w stanie trafić do każdego, kryje w sobie bowiem przesłanie uniwersalne, wspólne dla sztuki folk na całym świecie. Mówi o odwiecznych sprawach człowieka najprostszych i najważniejszych zarazem – o jego cierpieniu i radości, nadziejach i rozczarowaniach, dążeniach i spełnieniach, a nade wszystko o miłości, która jest solą ziemi….I wtedy czujemy, że tworzymy jedną ludzką rodzinę…

Prawdziwa muzyka, ten ponadczasowy język ludzkości jest głosem silniejszym od słowa. I od milczenia…

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska

Back to top

goniec

Pukając do drzwi nieba…

No i w końcu nastąpiło to długo oczekiwane spotkanie na estradzie światowej sławy pieśniarki, Żanny Biczewskiej i torontońskiej śpiewaczki, Małgorzaty Maye. Żanna, otoczona od lat legendą barda rosyjskiej pieśni, w której ożywają zarówno tradycje ludowe, jak i duch ballad Bułata Okudżawy – bliska jest wszystkim, którzy cenią sobie jej wielki talent i humanistyczne przesłanie. W ciągu 38-letniej kariery wydała 20 płyt i porozchodziły się one w wielu krajach świata w 40 mln. egzemplarzy! Jej sława sięga lat 70-tych, kiedy podbiła Rosję, a potem Europę, m.in. osiem razy występując, przy pełnej widowni, w paryskiej Olimpii…Uznanie budziła jej działalność pacyfistyczna i zawarta w jej postawie cicha niezgoda na nieludzkość komunistycznego reżimu. Dlatego tak bliska była i jest dla niej Polska, która nie poddała się tatalitaryzmowi – w czasie Solidarności Żanna śpiewała w Gdańsku…A teraz jeździ do Polski na coraz to nowe tournée.

Może właśnie ze względu na to głębokie humanistyczne przesłanie Małgorzata Maye zaprosiła ją do swego programu „Intimately Two Hearts”, prezentowanego przez „Singers on Stage” – „Scenę Śpiewaków”, której jakże wymowne motto brzmi: „Through Art to Charity”. Maye znana jest torontońskiej publiczności nie tylko z pięknego mezzosopranu, ale i intensywnej kampanii na rzecz walki z epilepsją, jaką podjęła parę lat temu szukając sponsorów, śpiewając i sama organizując wielkie koncerty z udziałem gwiazd, których dochód przeznaczony jest na badania nad padaczką na Uniwersytecie Torontońskim. Jej syn – największa miłość jej życia – dotknięty jest tą ciężką chorobą, co stanowi dodatkowy motor i silną motywację jej pełnych determinacji działań na rzecz badań nad epilepsją, pogłębiających też jej powołanie jako artystki. Dewizą Małgosi jest powiedzenie Jana Pawła II: „Człowiek staje się wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”.

Dzielmy się więc pięknem i dobrem – nadzieją, siłą wewnętrzną, uczuciem miłości a także naszym bólem, bo nas, ludzi, łączy zarówno radość jak i cierpienie – dzielmy się z innymi naszą odwagą istnienia, poczuciem niepowtarzalnej wartości życia i nas samych…Taka była wymowa pierwszej części koncertu, w którym Małgorzata Maye wykonała, utwory w rodzaju: „Łzy w niebie” Erica Claptona, który napisał ten utwór, po tragedii, jaką przeżył gdy jego 4-letni synek wypadł z 55 piętra wieżowca. Zadawał mu w piosence nieme pytania: ”Czy poznasz mnie, jak spotkamy się w niebie…? Czy to będzie tak samo, jak tu na ziemi…? Wiem, że muszę stąd odejść – czy podasz mi rękę…?” Utwór dedykowany wszystkim, którzy przeżyli wielkie cierpienie, związane z utratą kogoś bliskiego.

Potem był „Anioł” Sarah Mclachlan. Na skrzydłach anioła odlecisz stąd – od tego smutku, strachu, zmęczenia… – sugeruje piosenka. Nutę optymizmu i radości, jaką daje miłość, wniosło „Życie na różowo” Edith Piaf, która to postać światowej piosenki należy do szczególnych wzorów i fascynacji Małgosi. Wyczuła to publiczność i za niezwykłą interpretację tej piosenki, nagrodziła naszą artystkę szczególnymi brawami.

Jej śpiew głosił z dużą siłą, że połączeni miłością do muzyki, a również potrzebą pomagania innym możemy czuć wspaniałą ludzką solidarność, bo muzyka łącząc nas pomaga przejść nad tym, co nas różni. A już w słowie wstępnym Małgosia wytworzyła bardzo osobistą więź z widzami mówiąc szczerze do publiczności, jak do swoich bliskich – o cierpieniu Tomka, jej 21-letniego syna, nękanego od 10 lat niekontrolowanymi atakami epilepsji. Mówiła to w imieniu 300 tysięcy chorych na epilepsję w Kanadzie i milionów chorych na świecie. Stąd jej song: „Nie poddawaj się” Petera Gabriela: – „masz w nas przyjaciół, możesz na nas polegać, jesteśmy dumni z ciebie, znajdziesz spokój…”

Wspólnie z Żanną Biczewską Małgorzata Maye wykonała na zakończenie I części koncertu słynny protest song Peeta Seegera: „Gdzie są kwiaty z tamtych lat…zaśpiewany po polsku, rosyjsku, niemiecku i angielsku. Nieodmiennie, przez pokolenia, kolejne wojny mają swe tragiczne żniwa i kwiat chłopców młodej generacji spoczywa na cmentarzach…Dlaczego zagadzamy sie na to…? Pytanie to nurtuje ludzkość przez wieki od zarania dziejów… Stąd ostatnia piosenka Małgosi przed przerwą: „Knocking on Heaven’s door”- „Pukajac do drzwi nieba” Boba Dylana, wykonana ze szczególną ekspresją…

xxx

Żanna weszła na estradę z gitarą, w czarnej sukni, promienna, z towarzyszącym jej wokalistą – poetą i gitarzystą, prywatnie mężem, Gennadim Ponomariewem – i od razu, dzięki swej niezwykłej osobowości, zawładnęła sceną, doborem repertuaru wprowadzając w głąb przeżyć rosyjskiej duszy. Była przy tym niezwykle naturalna, ciepła, bezpośrednia. Śpiewała stare rosyjskie ballady, romanse, których jest niezrównaną interpretatorką. Zaczęła od Bułata Okudżawy, którego uważa za swojego mistrza. Jeszcze będąc na studiach, gdy usłyszała w jego wykonaniu „Matuszkę” – jak zaaranżował tę niepowtarzalną melodię z akompaniamentem gitary – postanowiła, że ona też będzie śpiewać z gitarą i tak gra do dziś…Szczególne wrażenie wywołała wykonana przez nią, bardzo znana w Polsce, jego „Modlitwa”, dedykowana niegdyś przez autora Agnieszce Osieckiej. Potem widownia skandowała w rytm „Trzech milosci” Okudżawy, piosenki również w Polsce niezwykle popularnej: pierwszą miłość przeżywasz spontanicznie, druga uczy cię życia, „a ta trzecia gdy w drzwiach przekręca klucz, to walizki ma spakowane już”. Pointą tego poetyckiego utworu jest jednak ponure, niezatarte piętno dwóch światowych wojen – I-szej i II-ej – a co z widmem „tej trzeciej”, grożącej światu…?.

Nie zabrakło i dostojnego „Bradiagi”, a także pieśni białogwardyjskch czy tradycyjnej pieśni kozackiej: „Kocham, bracia, kocham”, ale najwięcej usłyszeliśmy starych rosyjskich romansów, pełnych zadumy i refleksji, mówiących o człowieczej tęsknocie i niespełnionych uczuciach, przeżywanych na bezbrzeżnych obszarach dawnej Rosji. „Zawiało cię śniegiem Rosjo”, „Płonie, płonie moja gwiazda”, „Odejdź, nie oglądaj się”, ”Nie odchodź”…. Mowa w nich o przez los podyktowanych rozstaniach, stąd wiele nostalgii, a czasem i myśli o śmierci. Żanna wykonywała je z jakąś wielką wewnętrzną siłą, rzekłabym „po męsku”, unikając w ten sposób taniego sentymentalizmu, a wydobywając głębię odwiecznej ludzkiej tęsknoty za prawdziwą miłością. Nastrój był doprawdy wyjątkowy: na scenie płonęły świece, błyskały odbitym światłem samowary, zmieniały się barwy nastrojowej scenografii Joanny Dąbrowskiej, jarzyły się pieśni…Wielokrotnie artystka bisowała.

Dziękowała też za niezwykłą serdeczność polskich domów, w których była goszczona podczas pobytu w Toronto, a Bogdanowi Łabęckiemu, który organizował całej towarzyszącej jej ekipie, przybyłej z Moskwy, czas wolny w Toronto – dedykowała podczas pierwszego koncertu dwie piosenki.

xxx

Spytałam Żannę, które z pieśni, śpiewanych „intimately” w Jane Mallett Theatre, uważa za najważniejsze? Odpowiedziała bez chwili zastanowienia, że pieśni mnicha Romana. Ten stary, klasztorny mnich, odwiedzający ich od czasu do czasu w Moskwie, z którym oboje z mężem zaprzyjaźnieni są od 1992 roku – uprawia poezję najwyższego lotu. Żanna podarowała mu swoją gitarę, uznaje bowiem jego wielki talent, dzięki któremu mnich Roman widzi świat tak pięknym, jakim go Bóg stworzył, co dla nas, grzeszników często jest niedostępne…Rzeczywiście pieśni to niezwykłe, w których odbija się cała niedościgniona uroda świata. Żanna wykonała je z dużą dozą sciszonego liryzmu. Oto „Biała noc”, w której czujemy niemal namacalnie, jak oddycha nocą nieskażona natura. Podobnie w drugiej pieśni pt. „Śpiewał słowik” – słowiczy śpiew nie tylko potęguje urodę świata, ale pomaga nam, ludziom zrozumieć istotę życia. Z kolei „Rodnik”- to pieśń o jesieni. Mnich Roman malując w niej przecięty lotem żurawi senny, jesienny, niemal impresjonistyczny pejzaż z białym kościołem, cmentarzem i wioską spowitą w barwy opadających liści, mówi do każdego z nas: obserwując ten cud istnienia możesz spokojnie zadumać się nad rytmem mijających pór roku i cicho zapłakać, a ślady łez zmyje deszcz …

Przyznam, że pieśni te wywarły na mnie ogromne wrażenie swym najczystszym liryzmem właśnie. Dowiedziałam się od Żanny, że utwory świątobliwego mnicha mają też moc leczniczą, o czym poinformowała ją oficjalnie ordynatorka szpitala onkologicznego w Moskwie. Było kilka wypadków uzdrowień chorych, zasłuchanych w jego pieśni w tymże szpitalu, czego lekarze nie umieją wytłumaczyć. Te pieśni uzdrawiają duszę i ciało, bo jednają z Bogiem.

Z pieśniami Romana wiąże się filozofia życiowa Biczewskiej, której musimy poświęcić słów parę, artystka ta ma bowiem nie tylko wyjatkowy charyzmat, ale i poczucie misji, chciałaby mianowicie przemieniać, „przepromieniać” ludzi, prowadząc ich w kierunku dobra. A dobrem może być, według niej, jedynie życie zgodne z Bogiem. W 1982 roku Żanna przyjęła chrzest, – i to odmieniło jej życie. Odtąd jest głęboko przekonana, że nasze szczęście na ziemi związane może być tylko z wypełnianiem woli Bożej. Sztukę traktuje jako służbę. Kochać swą ziemię, Boga i o tym śpiewać – to jej prawdziwe powołanie. Wyraziła radość, że koncert w Jane Mallett Theatre odbył się w Dzień Dziękczynienia – całe nasze życie winno być nieustannym dziękczynieniem Stwórcy za rozliczne dary, jakie otrzymaliśmy…

W drugiej części koncertu obie artystki wykonały wspólnie „Kumbaya” – spiritualny song, będący w istocie modlitwą do Boga.

xxx

Ale wróćmy do innego nurtu omawianego koncertu, jakim było nawiązanie do folkloru, starych ludowych pieśni, które kiedyś przyniosły pieśniarce sławę, wiemy przecież, że stworzyła swój własny styl – „rosyjski country folk”. Koncert nie mógłby obyć się bez pieśni folklorystycznych Żanny, śpiewanych z ludowym temperamentem, zwłaszcza takich, jak: „O, mój synku”, „Tuman”, „Katarynka” , „Oj, da ne wieczer”.

W drugiej części koncertu poszła jej w sukurs Małgorzata Maye. Przepięknie brzmiał w jej wykonaniu mający swój ludowy rodowód „Kujawiak” Henryka Wieniawskiego – uderzała zarówno skala głosu jak i świeżość wykonania, a nam, którzy dobrze znamy Mazowsze, wyczarowała artystka przed oczami tamtejszy pejzaż ze świstającym w uszach mazowieckim wiatrem…

Głębokie wrażenie na publiczności wywołała pieśń Rachmaninowa „Polubiła ja” o ludowym rodowodzie i niezwykłej melodyce. Zabrzmiała przejmująco i dramatycznie w wykonaniu Małgosi, która wydobyła tragizm losu młodej dziewczyny. Ciekawym sposobem aranżacji było powiązanie melodii tej pieśni z „Summertime” Gershwina. Towarzyszący Małgosi kwartet doborowych muzyków w składzie: fortepian, gitara, kontrabas, perkusja zaczął intonować „Summertime” – i artystka wplotła w ten motyw melodię „Polubiła ja”. Było to sugestywne i celowe: obie pieśni, oparte na folklorze z odległych geograficznie, kulturowo i językowo żródeł, niosą w sobie tę samą zawartość uczuciową. Łączy je humanizm, pierwiastek ludzki. I dlatego – tak daleko, a tak blisko…

xxx

Spotkały się na estradzie dwie kobiety z pasją i posłannictwem! W dodatku jedna z nich, mianowicie Małgorzata Maye – z ogromnym talentem organizacyjnym: przecież ona sama zorganizowała te wielkie dwa koncerty dla wielokulturowej publiczności kanadyjskiej, wypełniającej dwukrotnie po brzegi salę Jane Mallett Theatre. Robiła wszystko jako producent, impresario, reżyser, osoba zdobywająca sponsorów, decydowała o formie i treści plakatu, ulotek i programu i – a teraz pojawiała się na scenie jako prowadząca koncert i wykonawczyni w jednej osobie!.

Obdarzone iskrą Bożą obie artystki przez cały czas wypełniały sobą scenę w jakimś magicznym porozumieniu z widownią. Koncert zbliżal się już ku końcowi. Małgosia wykonała jeszcze „Imagine” Johna Lennona o tym, iż warto sobie wyobrazić, jak kiedyś świat mógłby żyć w pokoju i braterstwie.. Następnie poprosiła na scenę prof. Mac Burnhama, kierującego Programem Badań nad Epilepsją na Uniwersytecie Torontońskim i wręczyła mu, podobnie jak w zeszłym roku, po zakończeniu zorganizowanego i prowadzonego przez nią wielkiego koncertu pt. „Podejdź trochę bliżej” – czek na rzecz prowadzonych badań. Warto przypomnieć, że pomiędzy koncertami nasza artystka również zajmuje się szukaniem sponsorów i funduszy na ten cel, czym zasłużyła się U of T.

Nie było więc przesady w wystąpieniu kanadyjskiej posłanki do parlamentu prowincjonalnego, Cheri DiNovo, która prezentując Małgorzatę Maye przed rozpoczęciem koncertu „Intimately Two Hearts” powiedziała: „It is very fitting, that we have candles on the stage, because, Margaret, You are a light, not only to all of those who suffer from epilepsy, but to the artistic community, to our community, really, You are a light to the polish community, You are our light Margaret…”

A przemawiająca również przed rozpoczęcim koncertu posłanka do parlamentu federalnego, Peggy Nash, zapewniła, ze będzie pracować nad zorganizowaniem zaproponowanego przez Małgorzatę Maye „Dnia Epilepsji” w parlamencie kanadyjskim.

Na koniec Małgosia zaśpiewała w imieniu nas wszystkich, nie tylko chorych i cierpiących, piosenkę Bena Kinga „Stand by Me”. A w powodzi kwiatów, jakimi na scenie zostały obdarowane obie artystki, wyróżniał się bukiet białych róż, wręczony jej przez syna Tomka.

A nawiązując do tytułu ostatniej pieśni – wszystko ogranicza się do tego prostego stwierdzenia: „bądź przy mnie” – całe nasze poczucie bezpieczeństwa tu na ziemi, wynikłe z nie zastąpionej niczym innym potrzeby ludzkiej wspólnoty…

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska

Back to top

goniec

IN COMPETITION WITH ANGELS …

It was like entering the realm of pure beauty, that July concert at the Isabel Bader Theatre! In the course of this great artistic event we could not help but think that perhaps idealists were right in believing that beauty could save the world.

As the meaningful title Come a Little Closer… for a Jazz Journey promised, Margaret Maye sang typical jazz pieces, as well as Polish folk songs turned to jazz and classical compositions in jazz arrangement. Maye considers herself an eclectic singer, a vocalist that practises a wide range of styles. She relies on her classical singing education, but is thrilled to introduce modern ways of interpretation, to practise crossover combinations of styles and genres, pointing out that it has always been the freedom to experiment and develop one’s creative powers that highlighted art.

She began with the intimate jazz song Come a Little Closer, the title piece of the concert, which was followed by the eloquent Rosemary’s Lullaby by Krzysztof Komeda. Her beautiful clear mezzo-soprano was coloured by comtemplative tones that brought the mood of poetic reflection about the world (as poetry is a kind of music, and conversely). This mood was evoked by each of her appearances, and thus everyone remained constantly eager to listen to her, realising what soul-felt depth there was to her art. And she appeared before the packed audience frequently as she also took on the task of hosting the concert, which she did with competence and charm, presenting and interacting with the two jazz stars, magnificent vocalists Marek Balata and John Alcorn, and graciously letting them in turn reign onstage to the delight of the enthusiastic listeners.

One could feel that Maye was expressing herself totally in her music, and everyone was carried away with her joy in it. In a masterly way she rendered the entire allure of the well-known vocalize Aria Cantilena from the Bachianas Brasileiras by Heitor Villa-Lobos, combining elements of Bach’s musical style with Brasilian local colour and jazz arrangement. Beautiful and interesting effects were brought in by her interpretation of the aria Yo soy Maria from Operita Tango by the Argentinian composer Astor Piazolla who revolutionized the traditional tango. Margaret fully expressed the temperament and sensuality of the aria, its sizzling fire, mutiny, and passion. She sang it, her voice at full power of operatic emission, in a way that could be called classical, with the ensemble adding elements of both jazz and the tango which amalgamated into a surprising synthesis of the three musical genres. All this in the inimitable atmosphere her singing always releases! Finally, there came the two familiar folk songs to the words of Mira Zimińska Shut-shut and Two Little Hearts, which she executed in jazz arrangement; their enchanting melodiousness, the quintessence of the Polish spirit intact in spite of the modern packaging, won the hearts of the multinational public.

Perhaps Margaret is indeed right when pointing out that to find the true sunny side of life one must rely on understanding, love, forgiveness, and positive actions to help others. Discovering bright colours in the struggle of good and evil, and good feelings within oneself, one can open up not only in singing.

***

The main star of the evening was Marek Bałata, the leading Polish jazz vocalist, and one of world‘s top jazz singers. He has been performing on the best stages of the world for years, attaining incontestable perfection which he once more confirmed at Isabel Bader Theatre. He presented outstanding scat improvisations, using his voice with an instrumentalist’s approach, applying its full range from tenor to falsetto soprano. He performed both his own original compositions and standard ones. The audience was enraptured by his transcriptions of Chopin’s Prelude E-minor and Etude F-minor as well as his own composition Under Frederic’s Tree. As an actor, he manifested a great sense of humour in Hulanka (Drinking Song). And it was a rare surge of emotion that he evoked with the Konieczny and Niemen songs Strange Is This Worldand

Reminiscence, which in his interpretation became some of the climactic points of the extraordinary evening, making us realise that true art is a continuous communion with life. Finally, the main message of the concert that only love brings a true awakening of man was spelled out in the duet song to the words of Jarosław Iwaszkiewicz Before Spring Comes, performed by Bałata together with Margaret Maye.

Bałata did his utmost, totally enchanting the audience which awarded
him with a standing avation. It was also easy to notice that his supreme professionalism won him the highest respect of the accompanying musicians, who represented a high degree of professionalism themselves (especially magnificent was John MacLoad in his trumpet solos). Bałata knew how to make them concentrate, keeping the closest contact with them at all times, conducting and co-performing. An uninterrupted dynamic and creative interaction between him and the musicians continued throughout the concert.
Another important guest star of the concert was the well-known and loved by Canadian audiences John Alcorn, one of the top jazz vocalists, repeatedly nominated for the Best Male Vocalist of the Year title, and in 1999 named the Best Male Jazz Vocalist in the National Jazz Awards celebration. To great applause of the audience, he sang a number of cult jazz pieces of Cole Porter, including a rendering with especial bravura and temperament of the standard Too Darn Hot. Margaret also invited the Canadian to sing in duet with her the song of one of the greatest living composers of the world, Michel Legrand, What Are You Doing with the Rest of Your Life.

In the finale, the three vocalists sang together the standard You’ve Got a Friend, and this Carol King composition ended the concert with a strong optimistic message. The audience acclaimed the artists with a long standing ovation.

The honorary patronage over the concert was held by the Consul General of the Republic of Poland in Toronto, Dr Piotr Konowrocki, and a number of Canadian politicians from the federal and provincial government sent congratulatory letters with thanks to Margaret Maye for organizing this event in support of the University of Toronto Epilepsy Research Programme. A concert at such level of excellence greatly contributed to enhancing the image of the Polish nation and its cultural and artistic achievements among the Canadians and listeners of various other ethnicities, many of whom attended the concert at Isabel Bader Theatre along with their Polish friends.

***

It is only fair to point out that Margaret Maye is active not only in arts, but also in social causes, particularly those concerning health and environment. The great musical event described here, along with its artistic ambitions, had a higher aim, that of aiding the fight against the dangerous and still insufficiently researched disease, epilepsy. The idea was Margaret’s, who subsequently for about a year put in long hours, acting as the main organizer, producer and manager of the event. The idea evolved from her long-time cooperation with organizations such as Epilepsy Ontario, Epilepsy Toronto and Epilepsy Research Programme at the University of Toronto. She set her mind on raising funds for epilepsy research, and she realised her objective! Thanks to her unsparing endeavours, as well as to numerous sponsors, volunteers, supporters and concert ticket buyers, Margaret could, at the end of the concert, hand a cheque for 4,185 dollars to Dr W. M. Burnham, Director of the Epilepsy Research Programme at the University of Toronto. And she announced that this action would be continued.

At the Isabel Bader Theatre on July the 7th, we witnessed something that can only be described as catharsis: all who in any way participated in this event – musicians, organizers, sponsors, volunteers, the audience – celebrated the great feeling of human unity. They had approached something of vital importance in life, both through the contact with the universal genius of music and through the satisfaction that the acquired income would hopefully bring the positive result of research closer.

It was not only an artistic experience, somehow elating and healing for all of us who participated. We all came closer to good and love. And love feeds on music, as Shakespeare pronounced.

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska
Translated by: Krzysztof Zarzecki

Back to top

goniec

Z aniołami w zawody…

Było to jak wejście w czystą krainę piękna… Podczas lipcowego koncertu w Isabel Bader Theatre, który stanowił wielkie wydarzenie artystyczne , nie raz uświadamialiśmy sobie, że może mają rację idealiści twierdząc, iż piękno zbawi świat…

Koncert nosił znamienny tytuł „Come a Little Closer…for a jazz journey” i Małgorzata Maye śpiewała utwory czysto jazzowe, ludowe utwory polskie w aranżacji jazzowej, a także utwory klasyczne w opracowaniu jazzowym. Maye uważa się za śpiewaczkę eklektyczną, wokalistkę o szerokim zakresie . Ma duży respekt wobec wykształcenia w klasycznym śpiewie, ale z chęcią wprowadza bardziej współczesne style, chętnie uprawia „crossover”, przekraczanie stylów i gatunków, jako że wolność aspiracji i twórczości zawsze przyświecała sztuce…

Zaczęła znamiennym jazzowym songiem: ”Come a Litlle Closer…”, a potem wymowną „Kołysanką Rosemary” Krzysztofa Komedy. Jej piękny, czysty mezzosopran niósł w sobie zabarwienie refleksyjne wywołując nastrój poetyckiej zadumy nad światem (bo poezja jest rodzajem muzyki i na odwrót) I tak było za każdym jej pojawieniem się – ciągle chciało się jej słuchać, wyraźnie dawało się odczuć, że śpiewaczka w ostatnim czasie ogromnie wzbogaciła kunszt artystyczny przydając głębi swej sztuce .Zjawiała się na scenie często, podjęła bowiem również trud prowadzenia koncertu, co czyniła z wdziękiem i znawstwem, ale wiele miejsca pozostawiła dla dwóch pozostałych wspaniałych artystów: Marka Bałaty i Johna Alcorna. Każdy z nich miał prawdziwe pole do popisu i odpowiedni czas, by wyrazić siebie przy wypełnionej sali i ogromnym entuzjazmie publiczności.

Czuło się, że Maye wypowiada się w wykonywanej przez siebie muzyce bez reszty. I nam udzielała się radość bycia z nią w tej muzyce…W sposób mistrzowski oddała urok bardzo znanej wokalizy: „Bachianas Brasilieras” Heitora Villa-Lobos, łączącej elementy muzyki Bacha, rodzimy koloryt brazylijski i jazzowe zabarwienie. Ciekawe i piękne efekty dała również w jej interpretacji aria „Yo soy Maria” z „Operity Tango” argentyńskiego kompozytora Astor Piazolla, reformatora tradycyjnego tanga. Małgosia oddała niezwykłą sensualność tej arii, w ktorej zawarty jest temperament, ogien, bunt, gorąca krew. Zaśpiewała ją przy pełnej emisji głosu, w sposób rzekłabym klasyczny, podczas gdy orkiestra dodała elementy jednocześnie jazzu i tanga, tworząc zaskakującą syntezę trzech gatunków muzycznych. I zawsze ta niepowtarzalna atmosfera, jaką wprowadzał jej śpiew… Znane ludowe pieśni do słów Miry Zimińskiej: „Cyt, cyt” i „Dwa serduszka” wykonane przez nią w jazzowej aranżacji podbiły publiczność kanadyjską swą urokliwą melodyką, kwintesencją polskości, a przy tym brzmiały bardzo nowocześnie.

Chyba ma rację Małgosia uważając, że odnaleźć tę jedynie ważną, słoneczną stronę życia pomaga wyrozumiałość, kochanie, przebaczenie, wszelka działalność pozytywna, pomaganie innym. W walce dobra ze złem odkrywać kolory zdrowe, w sobie – uczucia…Wtedy można całkowicie otworzyć się nie tylko w śpiewie…

xxx

Główną gwiazdą wieczoru był Marek Bałata – wiodący polski wokalista jazzowy ze ścisłej czołówki światowego jazzu. Od lat koncertuje na najlepszych estradach świata dochodząc do prawdziwej i niezaprzeczalnej perfekcji. Klasa tego artysty potwierdziła się w Isabel Bader Theatre. Zaprezentował znakomite improwizacje scatem, tworząc instrumentalne brzmienia od tenora do falsetowego sopranu. Wykonywał swoje własne oryginalne kompozycje, ale również standardy. Zachwyt publiczności wywołały jego transkrypcje utworów Chopina (Preludium E-mol, Etiuda F-mol) i własna kompozycja pt. „Pod drzewem Fryderyka”. Od strony aktorskiej pokazał się z duzym poczuciem humoru w pieśni Chopina „Hulanka”. A wielkie wzruszenie wywołał piosenkami Koniecznego i Niemena. „Dziwny jest ten świat” i „Wspomnienie” w jego interpretacji należały do kulminacyjnych momentów tego niezwykłego wieczoru dając nam odczuć, że prawdziwa sztuka – to ciągłe jednanie się z życiem. Z kolei duet do słów Iwaszkiewicza „Nim przyjdzie wiosna”, wykonany przez Bałatę razem z Małgorzatą Maye zawierał główne przesłanie koncertu: prawdziwym przebudzeniem człowieka może być tylko miłość …
Bałata dał z siebie wszystko i całkowicie zapanował nad publicznością, która urządziła mu wielką owację na stojąco podczas jego występu. Można było zauważyć, że swym głębokim profesjonalizmem zdobył też ogromny szacunek i respekt towarzyszących muzyków , z których każdy reprezentował wysoki stopień fachowości (wspaniałe były zwłaszcza popisy trąbki Johna MacLoada!). Zmobilizował ich wszystkich i skoncentrował w najwyższym stopniu stale będąc z nimi w bardzo bliskim kontakcie, dyrygując, żywo współpracując…Między muzykami na scenie a Bałatą bez bez przerwy trwała dynamiczna, twórcza interakcja.

Również ważnym gościem koncertu był znany i kochany przez kanadyjską publiczność John Alcorn, jeden z czołowych wokalistów jazzowych , który wielokrotnie nominowany był na Wokalistę Roku, a w 1999 roku otrzymał tytuł „Najlepszy Wokalista Jazzowy”, przyznany przez National Jazz Avards. Przy ogromnym aplauzie słuchaczy śpiewał on wiele kultowych pozycji jazzowych Cole Portera, a szczególnie brawurowo, z wielkim temperamentem wykonał standard: „Too Darn Hot”, który wywołał żywiołową reakcję publiczności. A wcześniej Małgosia zaprosiła tego Kanadyjczyka do wspólnego wykonania piosenki jedngo z najwybitniejszychch na świecie żyjących komozytorów, Mischela Legranda, reprezentującego najlepsze tradycje europejskie – w duecie zaśpiewali razem : „Co robisz z resztą swojego życia…?” „What are you doing the rest of your life”

Na zakończenie trójka artystów stworzyła tercet i standard „You’ ve got a friend” Carol King zamknął koncert silnym akcentem i optymistycznym przesłaniem. Publiczność zgotowała artystom długą owację na stojąco.

Honorowy patronat nad imprezą objął Konsul Generalny RP w Toronto , dr Piotr Konowrocki. Wielu polityków kanadyjskich z rządu federalnego i prowincjonalnego przesłało listy gratulacyjne i podziękowania za pomoc okazaną przez Małgorzatę Maye na rzecz badań nad epilepsjaą na UT. Na pewno koncert na takim poziomie kształtuje wizerunek naszego narodu, jego kultury i sztuki w oczach Kanadyjczyków, którzy obok Polaków przybyli tłumnie do Isabel Bader Theatre.

xxx

Małgosię May pasjonują bowiem nie tylko cele artystyczne, lecz także społecznikowskie – ochrona środowiska i zdrowia . Omówiony wyżej niezwykły koncert „Come a Little Closer…for a jazz journey”, którego byliśmy świadkami w Isabel Bader Theatre – to wielka impreza muzyczna, której przyświecał cel wyższy – jego dochód przeznaczony był na walkę z groźną i wciąż mało znaną chorobą, jaką jest epilepsja.

Sam pomysł takiej głównej idei koncertu rzuciła Maye, która potem przez parę miesięcy dwoiła się i troiła będąc głównym organizatorem, producentem i jednocześnie menagerem imprezy. Był to wynik jej stałej współpracy z takimi organizacjami jak Ontario Epilepsy, czy Epilepsy Research Program na Uniwersytecie Torontońskim. Postanowiła walczyć o dofinansowanie badań nad epilepsją na U T – i dopięła swego!

Dzięki jej ofiarnej akcji, a takze sponsorom, wolontariuszom, licznym osobom, które wsparły fundację, czy kupiły bilety – pod koniec koncertu Małgosia wręczyła W.M. Burnhamowi, dyrektorowi Programu Badań nad Epilepsją na Uniwersytecie Torontońskim czek w wysokości 4.185 dol. Zapowiedziała, że akcja będzie kontynułowana…
7 lipca w Isabel Bader Theatre zdarzyło się coś, co nosi nazwę katharsis – wszyscy, którzy brali jakikolwiek udział w tej wielkiej imprezie – muzycy, organizatorzy, sponsorzy, wolontariusze, publiczność – świętowali poczucie ludzkiej wspólnoty. No cóż, podeszli trochę bliżej do czegoś w życiu bardzo ważnego – zarówno poprzez kontakt z uniwersalnym językiem muzyki jak i świadomość, że uzyskany dochód pozwoli przybliżyć pozytywne wyniki badań .

To było przeżycie nie tylko artystyczne – w jakiś sposób uzdrawiające dla nas wszystkich. Podeszliśmy bliżej do dobra i miłości. A miłość karmi się muzyką, jak zauważył Szekspir.

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska

Back to top

goniec

Podejdź trochę bliżej…

Zaczęło się, jak zwykle, od rodzinnego domu we Wrocławiu – mama i ciocia ładnie śpiewały, muzyka zawsze w nim brzmiała… Małgosia, jak pamięta, śpiewała od zawsze…A z uroków dzieciństwa szczególnie zapamiętała dom babci w Jaworze, właściwie okazałą willę z ogrodem, pełnym słodkich owoców i smakowitych warzyw, gdzie napawała się bujną roślinnością i ta miłość do natury przejawia się do dziś spłecznikowską pasją, aktywnym udziałem w ruchu ochrony środowiska, a zwłaszcza zdrowia….

Gdy w szkole podstawowej nauczyciel muzyki kazał wstać i zaśpiewać, niespodziewanie dla siebie samej zaśpiewała głośno i mocno. Ale dopiero w średniej szkole po raz pierwszy w pełni usłyszała swój własny głos – za sprawą nauczyciela tańca, muzyki i emisji głosu. W Gdyni, gdzie się uczyła, chodziła na prywatne lekcje śpiewu do prof. Józefa Muszyńskiego, a był to wspaniały tenor, zatrudniony w tutejszym Teatrze Muzycznym. Umiał podczas lekcji wytworzyć atmosferę, w której młody człowiek mógł się otworzyć, nie wstydzić się, uwolnić i wydobyć głos – to piękno ukryte gdzieś w krtani…Pełne zaufanie, jakie wywoływał ten artysta, pozwalało oddać się w śpiewie całkowicie….

Małgosia już w szkole średniej śpiewała w różnych zespołach młodzieżowych, np. w stylizowanym zespole ludowym „Dalmor”. Studiowała w Studium Wokalno-Aktorskim Teatru Muzycznego w Gdyni oraz w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Mile wspomina prof. Halinę Mickiewiczównę, uczennicę Ady Sari oraz prof. Macieja Witkiewicza, wnuczka Witkacego (który obecnie współpracuje z Pendereckim, wykonuje jego utwory), a także jego żonę, śpiewaczkę, Jadwigę Godulankę. Dyplom w dziedzinie aktorstwa zdała po trzecim roku studiów – na pięć z plusem, a przecież w sumie studiowała aktorstwo 5 lat, bo w Gdyni w Studiu Wokalno-Aktorskim Teatru Muzycznego uczyła się też dwa lata sztuki scenicznej – wiersza, prozy, monologu, scen aktorskich, dykcji pod kierunkiem takich wybitnych aktorów Teatru „Wybrzeże”, jak Henryk Bista…

A były to piękne lata 80-te…Z Polski wyniosła, głęboko wpojoną przez rodzinę, niemal organiczną potrzebę etyki. Przyczynił się do tego zwłaszcza przykład dziadka ze strony mamy, Jana Juchniewicza, niezapomnianej postaci jej dzieciństwa – absolwenta Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, wieloletniego dyrektora i nauczyciela na Ziemiach Odzyskanych języka polskiego, łaciny, francuskiego. Rodowód wileński mamy zawsze uważała za swe najlepsze dziedzictwo…

xxx

W 1989 roku przyszła emigracja do Kanady, poprzedzona dwuletnim pobytem w Niemczach. Miała 2-letnie dziecko, nie mogła iść do pracy. Nie znała wprawdzie języka angielskiego, ale miała w sobie determinację niezwłocznego działania w nowym kraju, sprostania sytuacji. Przeczytała od deski do deski Polski Przewodnik Handlowy i znalazła wiadomość o koncertach Macieja Jaćkiewicza. Jej piękny mezzosopran bardzo go zainteresował, za miesiąc już śpiewała w stworzonej przez niego Musica Antigua Vocal Ensamble. Malgorzata uwielbia muzykę oratoryjną i wykonywała partie oratoryjne w Stabat Mater Pergolesiego, “Mesjaszu””Handla, „Reguiem” Mozarta, „Glorii” Vivaldiego, „Mszy d-moll” Haydna, „Magnifikacie” Bacha, „Te Deum” Kurpińskiego.

Przez Kongres Polonii Kanadyjskiej zaproszona została do udziału w Koncercie Jubileuszowym KPK w Hamiltonie gdzie też miała występy. I tak od szeregu lat związana jest z Polsko-Kanadyjskim Towarzystwem Muzycznym, Polskim Teatrem Muzycznym, Toronto Simfonietta…

W 1992 roku nawiązała współpracę z Salonem Poezji, Muzyki i Teatru – i tu jej aktorski rozwój znalazł najbardziej odpowiednie warunki. Maria Nowotarska, doświadczona i utalentowana polska aktorka, reżyserka o silnej osobowości, była dla niej wspaniałym opiekunem artystycznym. Trzymała zespół mocną rąką, ale jako osoba prowadząca pozostawiała dużo miejsca na inicjatywę wykonawców. Wymagania, jakie stawiała, były zawsze silnym wyzwaniem, ale aktor nigdy nie był pozostawiony samemu sobie. Artysta rozwija się przez pracę na scenie i to dojrzewanie artysty dokonywało się w Małgosi dzięki Salonowi na roboczo – od przedstawienia do przedstawienia.

Niezapomniane są dla niej widowiska słowno-muzyczne, autorstwa Marii Nowotarskiej, w których uczestniczyła, żeby przypomnieć chociażby realizację poświęconą Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, gdzie wystąpiła w repertuarze Hanki Ordonówny. W przedstawieniu „Krasicki – książę poetów” śpiewała arie W. Glucka i A. Mozarta, a piosenki J. Abramowa – w widowisku, będącym benefisem tego zasłużonego pisarza, dramaturga i autora popularnych w Polsce piosenek.

Dobrze czuła się w tym repertuarze, opartym często na muzyce międzywojennej i kabaretowej. Piosenka kabaretowa – to było dla niej coś nowego. W Polsce śpiewała też jazz, ale komediowy genre odkryła w sobie dopiero w Salonie Poezji, Muzyki i Teatru. Zrozumiała, że może być też aktorką charakterystyczną. Rozszerzała więc swój repertuar liryczny, komediowy, charakterystyczny, jazzowy – i to była pełnia.
Na przestrzeni lat wiele w tym względzie eksperymentowała, występowała w oratoriach, operach, operetkach polskich (np.w Polskim Teatrze Muzycznym u Michała Kuleczki), a także w kanadyjskich: Opera in Concert, Summer Opera Lyric Theatre, Toronto Operetta Theatre, Mississauga City Centre Opera, Northumberland Orchestra Society. Wystąpiła w licznych rolach operowych, m.in. Idomeneo w „Adamante” Mozarta, Orfeusza w „Orfeuszu i Eurydyce” Glucka, Zofii w „Halce” Moniuszki, Czarownicy w „Jasiu i Małgosi” Hamperdnicka, Baronowej w „Wanessie” Barbera…W „Opera in Concert” szczególnie mile wspomina rolę Cyganki, w realizowanej po hiszpańsku operze Panelli „El Gato Montes” czyli „Górski Kot”

Niezastąpiona okazała się w rolach operetkowych. A w operetce torontońskiej każda rola jest wyzwaniem. Reżyser Guliermo Silva Marine jest niezwykle wymagający i żąda pracy w błyskawicznym tempie – przez 2-3 tygodnie przedstawienie ma być przygotowane, próby odbywają się codziennie. Ale potem w „Opera Magazine” Małgosia zwasze ma dobre recenzje…

Dziś Małgorzata Maye uważa się za śpiewaczkę eklektyczną, wokalistkę o szerokim zakresie repertuarowym. Ma duży respekt wobec wykształcenia w klasycznym śpiewie, ale z chęcią uprawia bardziej współczesne style, jak to okrśla, lubi „crossover”, przekraczanie stylów i gatunków. Bliska jej jest tendencja, której w muzyce fortepianowej hołduje Adam Makowicz, improwizujący jazzująco Chopina. Nie odcinać się od starych wzorów, wracać do nich, ale przyjmować nowe wyzwania, style i we wszystkim dążyć do perfekcji…

Od wielu lat chętnie śpiewa społecznie, często zapraszana przez organizacje polonijne na różne impezy narodowe i okolicznościowe, uważa to za swój patriotyczny obowiązek. Dochód z jej zblizajacego sie koncertu, o którym powiemy niżej, rowniez przeznaczyła na cele charytatywne. Za swą działalność społeczną Małgorzata Maye otrzymała w 2004 roku odznakę „Zasłużona na polu szerzenia kultury polskiej”, nadaną przez Ministra Kultury Rzeczypospolitej Polskiej, a w 2007 roku Kongres Polonii Kanadyjskiej przyznał jej za osiągnięcia na tym polu swą Srebrną Odznakę.

xxx

Jej dewiza życiowa: nie poddać się rozpaczy, nawet wtedy, gdy przychodzi tragedia, a była nią niedawna śmierć matki, okresowe nasilenie choroby syna… Można się zagubić, popaść w rozpacz, ale natychmiast szukać trzeba wyjścia z sytuacji. Łatwiej się podnieść, gdy można odwołać się do podstaw – własnego, wpojonego przez przodków, świata wartości.

Odnaleźć tę jedynie ważną, słoneczną stronę życia pomaga wyrozumiałość, przebaczenie, kochanie, wszelka działalność pozytywna, pomaganie innym, no a przede wszystkim dążenie do ukształtowania swego lepszego ja, o co stale musimy sią starać, inaczej nasze życie wewnętrzne może zarosnąć chwastami jak nieuprawiany zagon – snuje refleksje Małgosia – W walce dobra ze złem odkrywać kolory zdrowe, w sobie – uczucia…Wtedy można całkowicie otworzyć się nie tylko w śpiewie.

A pasjonują ją nie tylko cele artystyczne, lecz także społecznikowskie – ochrona środowiska i zdrowia pochłania ją w Kanadzie niemniej niż w Polsce. Urokliwy koncert „Come a Little Closer…for a jazz journey”, który odbędzie się 7 lipca o 7-ej w Isabel Bader Theatre – to wielka impreza muzyczna z udziałem Małgorzaty Maye, Marka Bałaty i Johna Alcorna, której przyświeca cel wyższy – jego dochód przeznaczony będzie bowiem na walkę z groźną i wciąż mało znaną chorobą, jaką jest epilepsja. Sam pomysł tej wielkiej imprezy muzycznej postał z współpracy Małgorzaty Maye, która jest głównym organizatorem, producentem i menagerem koncertu – z takimi organizacjami jak Ontario Epilepsy, czy Epilepsy Research Program na Uniwersytecie Torontońskim. Od paru lat występowała na koncertach i imprezach charytatywnych związanych z tym celem, aż sama postanowiła zadbać o rozszerzenie idei dofinansowania badań nad epilepsją na U T.

Wiele się czyni w walce z takimi schorzeniami naszej cywilizacji, jak choroby serca, rak czy alergie, natomiast o epilepsji, najpoważniejszej chorobie układu nerwowego, pisze się mało – mówi Małgosia – choć statystycznie jedna osoba na 100 ma to schorzenie, polegające na okresowym zakłóceniu wyładowywania impulsów elektrycznych w mózgu. W Kanadzie choruje na epilepsję 300 tys. osób, a może więcej, nie wszyscy się przyznają. Ludzie, którzy noszą piętno tej choroby, starają się ją ukryć przed światem, wolą się izolować od otoczenia. Dlaczego? Może dlatego, że kiedyś w przeszłości byli dyskryminowani, a jeszcze działają stare przesądy, iż jest to choroba bogów i ludzi przeklętych, choć chorowali na nią tacy wielcy artyści i wybitne umysły, jak Dostojewski, Juliusz Cezar, Van Gogh, Bethoven, Dickens…Ciężko żyć z epilepsją, bo w każdej chwili atak może być zagrożeniem życia, gdy zaskoczy np w samochodzie, w wannie, na jezdni. A okazuje się, że każdy może dostać epilepsji niezależnie od wieku i stanu zdrowia. Nigdy nie wiadomo, komu bije dzwon …
Tak mówi Małgosia – i zaprasza wszystkich na koncert….

xxx

Małgorzata Maye śpiewać będzie 7 lipca w Isabel Bader Theatre utwory czysto jazzowe, ludowe utwory polskie w aranżacji jazzowej, a także utwory klasyczne w opracowaniu jazzowym. Główną gwiazdą wieczoru będzie Marek Bałata – wiodący polski wokalista jazzowy, specjalizujący się w improwizacjach scatem, tworzący instrumentalne brzmienia od tenora do falsetowego sopranu. Wykonuje przede wszystkim swoje własne oryginalne kompozycje. Jego szeroki repertuar obejmuje również standardy, transkrypcje utworów Chopina, piosenki Koniecznego, Komedy, Młynarskiego, Niemena, Osieckiej, a łączy je jazzowa interpretacja. Na codzień Bałata występuje z własnym kwintetem, złożonym z najlepszych polskich muzyków. Jego słynny projekt – to „Trylogy”, czyli Art Lande (USA), Gunter Wehinger (A) i Marek Bałata (PL). Firma GOWI wydała CD Live „Trylogy”, zespół odbył w 1999 trasę koncertową po USA, a Marek koncertował z czołowymi nazwiskami polskiego i międzynarodowego jazzu.

Również gościem koncertu będzie znany dobrze kanadyjskiej publiczności John Alcorn, jeden z czołowych wokalistów jazzowych , który otrzymał w 2004 roku tytuł „Najlepszy Vokalista Jazzowy”, przyznany przez National Jazz Avards, a później wielokrotnie nominowany był na Vokalistę Roku. Jego CD „Quiet Night” należy dziś do kultowych jazzowych pozycji płytowych, popularnych w radio nie tylko w Europie i Ameryce.

Ta trójka wokalistów przenieśie nas w najpiękniejsze rewiry jazzu i jazzowych aranżacji utworów klasycznych, ludowych czy współczesnych. A więc „podejdź trochę bliżej” 7 lipca o 7-ej do Isabel Bader Theatre przy 93 Charles St…

Wszyscy podejdziemy trochę bliżej do czegoś dobrego i pieknego – artyści poprzez swą sztukę, organizatorzy i sponsorzy poprzez pracę nad szlachetnym celem, a chorzy i publicznosc – zarówno poprzez kontakt z uniwersalnym językiem muzyki jak i świadomość, że uzyskany dochód pozwoli przybliżyć pozytywne wyniki badań. Będzie to więc wspólna afirmacja dobra i miłości….

Author: Krystyna Starczak-Kozłowska

Back to top

star

Nov. 1, 2004.

Opera In Concert charges forcefully through the bullring

GEOFF CHAPMAN
SPECIAL TO THE STAR

Tension, thrills, tears, tragedies and emotional tempests — just what’s needed on a Saturday night with the Toronto Maple Leafs in hibernation.

This lively occasion was the Canadian premiere by the always-adventurous Opera In Concert at Jane Mallett Theatre, opening its 31st season with a rare Spanish opera, El Gato Montes by Manuel Penella, a composer ambitious enough to create his own libretto.

Technically it’s halfway between opera and zarzuela (Spanish operetta) but there’s no great gap between Italian verismo opera and this through-composed 1916 work, crammed with dramatic declamation, challenging vocal lines, strong melodies and passion. It lacks only a key aria or two when principals are about to expire, and employs a more unified vocal-orchestral texture than the popular zarzuela form, which traditionally includes spoken words as well as song.

El Gato Montes is a hot-blooded tale of a love triangle in the world of the bullring that uses the vernacular of Andalusia, the region of southern Spain whose language often is distanced from the official high-Castilian Spanish but is well-understood throughout the Hispanic world.

The musical structure is unusual, but José Hernandez as pianist and musical director conveyed the well-sprung rhythms and accents very effectively, with a quiet fervour that made the absence of an orchestra almost irrelevant.

As pianist he had to work hard, especially in a second half that in a fully staged production has four scenes requiring different settings. When he played the familiar pasodoble heard in bullrings today, the atmosphere of the corrida was palpable.

Yet with just singers at music stands, a piano and an enthused Robert Cooper-directed chorus, Opera In Concert really made the first of two presentations work. Not too many operas require a chorus to act as lively spectators at a bullfight, but in this case it was well-handled both on stage and when choristers sang from the theatre lobby behind the audience. Their work was both biting and incisive.

Not too many operas require fluency in southern Spanish, either, but the cast for the most part was at least coherent — and in one leading role Arlene Alvarado, a soprano of Hispanic background, was convincingly persuasive. (At yesterday’s performance, the part was sung by Leticia Brewer).

Alvarado as the youthful, fickle Solea who can’t make up her mind who she really wants to marry, the rising star matador El Macareno, né Rafael Ruiz (tenor Keith Klassen) or her first love, the mountain outlaw Juanillo (El Gato Montes of the title, sung by baritone Sean Watson), was a delight.

She was warm and plummy in the middle ranges, sparkled at the top of her big range, and totally at ease with the language inflections. Her flair for the composer’s soaring vocal lines was most impressive, her arias heightened the sense of her dilemma.

The experienced Watson, whose dangerous stage presence is a given, was in shining vocal form, too. Always secure of line, his articulation was clear and his singing intense. His was a winning delivery throughout, particularly in soul-searching soliloquies.

As Rafael, Klassen was able to catch each phrase with piercing immediacy and intonation was solid, although his vibrato and slightly pinched tones meant his impact was somewhat diminished when higher emotional temperatures were needed. Yet he unerringly hit the frequent high notes in his taxing role.

Elsewhere, mezzo Margaret Maye was in excellent voice as a colourful gypsy leading an appealing children’s chorus.

Bass-baritone Gerrit Theule as Father Anton possessed well-rounded notes and a talent for bombast, baritone Trevor Bowes was well-prepared as Hormigon and alto Liliana Piazza showed chaste coolness as Rafael’s mother, Frasquita.

The three lovers are all dead at the end, Rafael gored by a bull, Solea overcome by grief and The Wildcat slain by a gun. With Opera In Concert’s vision, their lives were hugely entertaining.

Back to top

guardian

TAMARA SHEPHARD
News Reporter
Toronto Community News
The Etobicoke Guardian

Jazz concert benefits epilepsy research

Renowned Polish singer Margaret Maye produces, performs

Renowned Polish mezzosoprano Margaret Maye is raising her voice in her quest to find a cure for epilepsy.
Maye’s son, Thomas, had his first epileptic seizure at age 10. It struck out of nowhere. Medication controlled the boy’s symptoms for about five years. Then doctors diagnosed Thomas with a form of epilepsy that doesn’t respond to medication.
Today, Thomas, 20, suffers a seizure at least once a week, despite taking three medications twice a day.
“The health care system in Ontario basically leaves you alone,” Maye said of coping with her son’s epilepsy. “Even though Thomas has a neurologist, we have to wait six months to see him, then we have a five-minute appointment.”
So the versatile singer-actress decided to do what she does best — raise her rich voice and those of other singers and musicians to shed light on what she and Epilepsy Ontario see as an underfunded disorder.
Come a Little Closer… for a Jazz Journey for Epilepsy Research features renowned jazz vocalists Maye, Poland’s Marek Balata and Canada’s John Alcorn accompanied by The Jazz Ensemble and Toronto Sinfonietta Strings. The concert takes places Saturday, July 7 at 7 p.m. at Isabel Bader Theatre, 93 Charles St. W.
The event benefits the University of Toronto Epilepsy Research Program. Tickets are $35 and $45.
To reserve a ticket or for more information, call 647-892-7799.
“With love and compassion and the affirmation of good values and health and well-being there is healing there for everybody,” the singer of opera, jazz and early and modern music said yesterday. “It will bring us ‘a little closer’ to research, to a cure for epilepsy.”
Epilepsy is a neurological disorder which causes sudden bursts of electrical energy in the brain. While treatments are available to reduce the frequency and severity of seizures, there remains no known cure.
It is estimated that approximately 300,000 Canadians have epilepsy. That is twice the number of people with cerebral palsy, muscular dystrophy, multiple sclerosis and cystic fibrosis combined.
Yet epilepsy remains the least-funded neurological disorder, says Epilepsy Ontario. In 65- to 70 per cent of cases of people with epilepsy, there is no known cause.
“I just had to do something,” Maye said of funding epilepsy research. “What I can do is spread the word through my art and turn it into a positive.”

Back to top

96fm

Opera Review – February 02, 2004

OPERA IN CONCERT – “THE TSAR’S BRIDE”

The grumbling during intermission of Opera in Concert’s very competent production
of Rimsky-Korsakov’s “The Tsar’s Bride” was not about the singing, but about the
lack of surtitles. With the mandate of putting on rarely performed works, it behoves
O in C to become more audience friendly. On a positive note, members of Toronto’s
immigrant community ensured the success of the afternoon, and kudos to those
singers who left their homeland to enrich ours.
“The Tsar’s Bride” is one of Rimsky-Korsakov’s rare tragic operas, and is filled with a
rich mother lode of gorgeous melodies and ensembles. Music director Raisa
Nakhmanovich may miss a few notes on the piano, but no one is her master when it
comes to drama. Happily, chorus master Robert Cooper actually got a harmonically
Russianized sound from his small group.
The most polished performances came from bass Nikolay Cherkasov as Sobakin and
mezzo-soprano Ani Imastounian as Saburova. Both have wonderful voices and
enormous stage presence. Baritone Michael Meraw as the lecherous Gryaznoy
continues to show his promise with a rich and commanding sound. Mezzo-soprano
Margaret Maye as the jealous Lyubasha has a lush voice and dramatic delivery.
Soprano Marina Shemesh as Marfa is certainly talented, but she tends to pinch her
high notes, as did equally talented tenor Keith Klassen as Lykov. The honey-coloured
voice of mezzo-soprano Melinda Delorme as Dunyasha is one to watch, while tenor
Avery Krisman and bass-baritone Neil Aronoff gave excellent support in their smaller
roles.

I’m Paula Citron, arts reviewer for CLASSICAL 96.3 FM .

Back to top

96fm

November 2, 2004

Opera in Concert – “El Gato Montés”

The 1916 Spanish zarzuela “El Gato Montés” by Manuel Penella was one of
Opera in Concert’s most powerful performances in recent memory. The date
is the key, because Penella was clearly influenced by verismo. Music director
José Hernández is a vocal coach and pianist of note, and both these
considerable skills helped craft El Gato Montés into such a stirring
performance.
American lyric soprano Arlene Alvarado as Soleá is a stunning discovery with
a soaring, goose-bump inducing top, and warm woody lower registers. Tenor
Keith Klassen as Rafael is sounding like a young Alfredo Kraus, albeit a bit of
a pinched one. The vibrant and robust sound of baritone Sean Watson, the
wildcat bandit of the title, perhaps indicates Verdi and Puccini somewhere in
his future. Experienced Polish-born mezzo-soprano Margaret Maye has
rich, easy, plumy tones and deserves a bigger career in her adopted country.
The rest of the talented cast came out of the OIC Chorus and all showed
enormous promise.

I’m Paula Citron, arts reviewer at CLASSICAL 96.3 FM.

Back to top

star

Jan. 29, 2004. 07:33 AM

Opera In Concert tackles rare work

JOHN TERAUDS
WHAT’S ON EDITOR

It’s not often Torontonians get a big blast of Russian opera. It’s even more rare to hear one of Nikolay Rimsky-Korsakov’s 19 operas in these parts.
But thanks to Opera In Concert’s nose for the rare-but-worthy, we’ll have the opportunity to hear Rimsky- Korsakov’s The Tsar’s Bride on Sunday.
This is a big, dramatic and tragic story richly set in the composer’s most tuneful style. More than most operas, this 1898 work predominates in ensemble and choral singing, which should take maximum advantage of a cast infused with a dose of Russian talent in the persons of soprano Marina Shemesh (who plays the lead female role of Marfa) and bass Nikolay Cherkasov (Sobakin).
Shemesh, who is currently studying at New York City’s H.L. Miller Cantorial School, part of the
conservative Jewish Theological Seminary of America, has a strong Toronto connection both in singing and practising her faith.
Like many Russian Jews, Shemesh left her native Leningrad (now St. Petersburg) in 1990 to seek a more open life and to sing for the New Israeli Opera.
“I lived in Israel for eight years,” Shemesh recounts on the phone from her home in New York City. “I wasn’t religious and I worked mostly as an opera singer. I lived a secular life.”
She says she had hoped to feel better integrated into society in Israel, but this ultimately wasn’t the case, even though she says she liked living there. She faced the paradox that, in Russia she had been singled out as a Jew; in Israel, she was singled out as a Russian.
Inclusive Canada beckoned.
Shemesh spent a year in Toronto, looking for vocal work, landing a role in the Vancouver Opera’s 2001 Magic Flute. Along the way, she found a spiritual home at Beth Tzedek Synagogue, which nurtured her faith and inspired her decision to become a cantor.
Three years ago, she joined the Summer Opera Lyric Theatre, an intensive annual summer vocal workshop organized by Guillermo Silva-Marin, who is also Opera In Concert’s general director.
“I had the role of Cunegonde in (Leonard Bernstein’s) Candide, but I broke my leg two days before the performance.”
“You know when they say ‘Break a leg.’ I took it literally,” she says.
Let’s hope all limbs stay intact for Sunday’s staged performance at the Jane Mallett Theatre, for which Raisa Nakhmanovich acts as director and piano accompanist.
The four-act plot for The Tsar’s Bride is full of twists and turns, but, at the risk of over-simplifying, it turns on the havoc wreaked in the life of Marfa, her fiancé and her true love when the Tsar (Ivan the Terrible) decides to choose her for his third wife.
It all ends unhappily — but not after much rich singing centred around set-piece “scenes” in each act.
Other singers participating Sunday include mezzo Margaret Maye, tenor Keith Klassen and baritone Michael Meraw. The chorus has been prepared by Robert Cooper.
For an excellent recording, look no further than a dynamic 1998 Philips effort by the Kirov Opera and Orchestra, conducted by Valery Gerghiev in St. Petersburg’s Mariinsky Theatre.

Back to top

star

Feb. 2, 2004. 07:33 AM

Russian opera dark, deserving

GEOFF CHAPMAN
MUSIC CRITIC

Nikolay Rimsky-Korsakov was the youngest member of an inventive group of Russian nationalist composers dubbed ‘the mighty handful.’
And although critics of the time slandered his operas (15 in all) as being mostly bereft of credible dramatic content, yesterday’s Opera In Concert presentation of The Tsar’s Bride, which premiered in 1899, was a very big handful overflowing with extreme emotions.
The production, sung in Russian, was powerful and passionate, the stage of the Jane Mallett Theatre metaphorically awash in blood and plots and Gothic horror throughout its four acts — and a large, enthusiastic audience loudly demonstrated its opinions after most of the musical set-pieces.
It was also very Russian, dark and sonorous and rich, with the composer’s fondness for large ensemble singing and parts for from two to six voices delightfully exploited by the company. At this point one must profusely thank one-woman orchestra Raisa Nakhmanovich, who dealt effectively from the piano with a dense score, as well as the 32-member OIC chorus under Robert Cooper, which was equal to the demands
of Rimsky-Korsakov’s percussive commentary.
The bloodthirsty tale has Marfa pursued by two suitors, the Tsar’s thug Gryaznoy and Lykov, who she prefers.
Gryaznoy’s jealous former mistress Lyubasha sells herself to the Tsar’s physician Bomelius to get poison to destroy the good looks of Marfa, who’s then chosen as a wife by human rights-challenged Tsar Ivan The Terrible.
Lykov is blamed for the poisoning of what was meant to be Gryaznoy’s love potion, then beheaded.
The mistress is slain, the physician is stalked and Marfa goes mad. Gryaznoy demands the full weight of the law to be visited on him.
Had enough? There’s probably more in the full version.
Even though the composer himself viewed opera as an entirely musical affair, this historical, impassioned creation offers hints of his fascination with Wagner’s Ring Cycle (which he’d encountered 10 years before he wrote this opera) and the virtues of letting passionate feelings well up in the emoting of almost every one of the nine principal parts in this opera.
Well-rounded, deep voices are naturally a must, and OIC general director Guillermo Silva-Marin came up trumps for this presentation. Bass Nikolay Cherkasov was fabulous as Marfa’s father Sobakin, his rounded, chest-bottom tones making for frequent spine-shivering moments among the listeners — he deserved the ecstatic cheers after the finale.
Impressive baritone Michael Meraw had most to do as the sinister Gryaznoy and did it well, with a warm vibrato, sterling focus and splendid pitch that projected to the farthest parts of this intimate venue where you can actually hear every note. Bass-baritone Neil Aronoff was solid as Skuratov.
As Marfa, soprano Marina Shemesh (born in Leningrad, now St. Petersburg) showed excellent control, ringing tones and a vibrant vibrato for her role, which involves tricky articulation. Her mad scene was marvellous.
Mezzo Margaret Maye, trained in Poland, was also very strong, notably in her Act 1 a cappella aria.
Tenor Keith Klassen’s voice as Lykov sounded too constricted, and tenor Avery Krisman’s tenor as physician Bomelius offered much smoother delivery.

Back to top

From: Opera Canada

Date: 3/22/2004 | Author: Citron, Paula

Oscar Straus’s 1908 operetta The Chocolate Soldier is based on Arms and the Man, and Toronto Operetta Theatre’s artistic director, Guillermo Silva-Marin, perhaps in homage to G.B. Shaw, played it straight with the staging and managed to create effective dramatic moments. In fact, with each subsequent TOT production, there tends to be less silliness and better characterization and story-telling. The pretty lattice set and attractive rented costumes also helped to make The Chocolate Soldier a class act, not to mention the hilarious new English lyrics by Adam Carstairs. The work is a one-song operetta, with only “My Hero” being well known. What is interesting about The Chocolate Soldier is just how many extended passages there are–at times operatic in their complexity–and music director Wayne Strongman put the challenges of the singing front and centre, both for the soloists and the chorus, while conducting his chamber ensemble with tasteful but romantic restraint.

Gifted coloratura soprano Shannon Mercer, as the young Bulgarian, Nadina, had some shrill notes at the top and lamentable diction, and one wonders if the role is a bit heavy for her feathery voice. She is certainly a talented singing actress, but perhaps not for this material. Baritone Robert Longo, as the Swiss lieutenant who invades Nadina’s boudoir and eats her chocolate, comes from the world of musical theatre and has the experience, the attractive voice and the matinee-idol good looks to be the perfect leading man. Similarly, soprano Elizabeth Beeler as Nadina’s cousin Mascha is from musical theatre, and her light and charming voice and crystal-clear enunciation were impressive. Polish-born mezzosoprano Margaret Maye (Nadina’s mother) continues to come on strong with her warm, honey-colored voice. Tenor Keith Klassen was a bit stiff as Nadina’s addleheaded fiance, Alexius, but he can certainly hit the money notes, while baritone Curtis Sullivan did a fine job vocally and theatrically as Nadina’s buffoonish father. Fine support came from bass-baritone Giles Tompkins (who seems to show up everywhere) as the Bulgarian soldier Massakroff. In fact, this was, for the most part, a fine cast indeed.

Back to top